Wczoraj wyjątkowo brałem kąpiel. Codzienność lubi objawiać mi swoje tajemnice gdy pozostaje w pozycji leżącej. Nie szukałem niczego, w końcu ktoś już odkrył, że po wejściu do wanny poziom wody się podnosi, ale do mojej świadomości – rozkoszującej się ciszą goszczącą między kafelkami – dotarła pierwotna obawa. Jej nośnikiem był kawałek wełny ze skarpetek, przemycony do wody między palcami stóp. Dryfował między zwałami piany osadzonymi na moich łydkach tworzących wąski przesmyk. Myśl zrodzoną z tego widoku chciałem porzucić najpierw jako banalną, ale powstrzymałem się na czas, podtrzymując jeszcze atmosferę jej towarzyszącą. Przeląkłem się na widok kuleczki wełny, że jest tylko ona – materia a treść nadajemy jej sami: obyczajami, religią, wartościami, które przekreśla ostatecznie śmierć. Czyżbym stał się na chwilę marksistą? Nie boje się banału, czegoś co współcześnie równie krytykujemy co powielamy. Nie można odmawiać sobie prawa do myśli pospolitej, bo jej powszechność świadczy o jej autentyzmie. Rzecz jasna to, że styczność mojej skończoności z ideą nieśmiertelności rodzi strach, nie świadczy na rzecz materializmu a jedynie mówi o wewnętrznym pragnieniu nieskończoności. Nie wiem co z nim zrobić, więc zagłuszam – najprościej.
Napisane w 1 | Bez komentarzy